Zew Cthulhu, Call of Cthulhu
Zobacz koniecznie

» Geometria nieeuklidesowa dla cthulthystów - Kilka słów o tym, o czym wszyscy wiedzieć powinniśmy

» Tajemne oblicze świata - Gra paragrafowa w klimacie Świata Mitów

» Sąsiedzi Lonesbury - Zagraj i poznaj Lonesbury, miejsce gdzie czai się Pradawne Zło


Najnowsze artykuły

» Mityczny Styczeń (7)
» Zew Cthulhu w grudniu (1)
» Mityczny Grudzień (28)
» The Outsider – sza... (5)
» Mityczny Listopad (17)
» Zew Cthulhu w listopadzi... (9)
» HPL: Nie jest umarłym te... (27)
» Mityczny Październik (16)
» Teoria ewolucji (7)
» Dramatis Personae –... (3)
» Mityczny Wrzesień (12)
» Sąsiedzi Lonesbury (20)
» Geometria nieeuklidesowa... (15)
» Mityczny Sierpień (11)
» Czary i rytuały w Zewie... (9)
Na forum

» Z okazji dnia Strażnika (0)
» www.zewcthulhu.... (3)
» Muzyka do Zew Cthulhu. (100)
» Realms of Cthulhu (37)
» Pajęczyna de profundis (150)
» Cthulhu 40 000 (1)
» Glaaki i jego kult (2)
» Delta Green (15)
» Objawy Trądu (2)
» stare scenariusze z MiM (16)
11-11-2007 13:46

Teoria ewolucji

Autor: 5+oP +h3 H8
Redakcja: Jacek 'vanderus' Dworzycki

"Wtedy, w szarych początkach Ziemi, bezkształtna masa, którą był Ubbo-Sathla, spoczywała wśród śluzów i oparów. Nie miał głowy, organów ani kończyn. Z jego rozpierających boków wylewały się powolną, niekończąca się falą ameboidalne stworzenia, zalążki wszelkiego życia na planecie. Wokół leżały majestatyczne kamienne tablice z przyniesionego z gwiazd kamienia, na których zapisana była nieograniczona mądrość najstarszych bogów."

Clark Ashton Smith: "Ubbo – Sathla"



Jakże radosne i pozbawione smutków wydawało się moje życie, nim poznałem prawdę tak skrzętnie skrywaną przez matkę naturę od niepojętych eonów przed zachłannym okiem i umysłem człowieka. Drogi Edwardzie, nie zdajesz sobie sprawy, jak zazdroszczę ci tej, być może najtrafniejszej decyzji w twoim życiu. Teraz czasu nie da się już cofnąć, a gdy wydarzenia splotły się w tę straszliwą i niepojętą spiralę obłędu nie mam już odwrotu. Piszę te słowa już bez wątpliwości, że koniec mojego żywota zdaje się bliski, a z każdym spisywanym teraz słowem może nadejść nieuniknione. Bowiem te słowa i to, co w nich chcę ci przekazać nie powinny nigdy ujrzeć światła nauki, a co światlejsze umysły mogłyby się za ich przyczyną pogrążyć w czarnej czeluści obłędu. Tak, jak ja.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Pamiętasz niewątpliwie nasze dziecięce zabawy, jeszcze gdy mieszkałeś w Arkham, a wybór dalszej drogi życiowej wydawał się nieistotny i odległy jak wizja własnej śmierci. Jawią mi się one po dziś dzień, jako najszczęśliwsze w życiu i przepełnione błogą nieświadomością... Może nie zapomniałeś jeszcze, jak znalazłszy pewnego dnia ciało kota, potrąconego przez automobil, zawlekliśmy je do starej szopy na tyłach naszego domu i przeprowadziliśmy na nim naszą pierwszą pozorowaną sekcję. W tamtych dniach wydawało mi się to uczynkiem niegodnym i przyczynkiem do wstydu, a wyrzuty sumienia nie pozwalały mi spać po nocach męcząc mnie niemal nieustannie. Gdy jednak konfrontuję to z rzeczami, jakie przypadło mi czynić później, w mym dorosłym już niemal życiu, wydaje się to dziecięcym wybrykiem, na miarę podkładania żab dziewczętom.

Trzeba ci wiedzieć drogi przyjacielu, że niedługo po twym wyjeździe ogólnie pojęta biologia stała się moją pasją, a wnioskując z naszej późniejszej korespondencji, ty także uległeś urokowi tej nauki. Jest to niejako powodem tego listu. Musisz przyjąć moje przeprosiny i na słowo uwierzyć mi, że wir wydarzeń, w które zostałem wciągnięty niedługo po tym, jak zacząłem uczęszczać na nasz uniwersytet, by zgłębiać tajniki wiedzy o życiu, pochłonął mnie do tego stopnia, iż mój kontakt ze światem zewnętrznym, rodziną i niestety z tobą stał się sprawą już nawet nie drugorzędną, ale wręcz całkowicie nieważną. Jeszcze raz proszę, byś przyjął moje przeprosiny, bowiem ufam, iż jesteś jedyną osobą zdolną pojąć nie tyle wagę naszych odkryć, co ich bluźnierczą grozę i niepojęte zło, które może okazać się zgubą dla naszego gatunku, jeżeli nie zostanie w porę powstrzymane.

Wiadomym ci jest, iż moja rodzina nigdy do najzamożniejszych nie należała, a ojciec mój zawsze przykładał wagę do mojego wykształcenia, bym nie musiał podzielić jego nieszczęsnego losu drobnego sklepikarza. Uważał on, że jeśli zdobędę odpowiednie wykształcenie, zdołam jakoś wyrwać się z Arkham i może nawet uda się mi zdobyć posadę wykładowcy na Uniwersytecie Bostońskim. Najpewniej właśnie dlatego puścił mi tę niedoszłą sekcję płazem. Nie dziwi więc, że w roku 1918, w pół roku po twoim wyjeździe na studia do Waszyngtonu, sprzedał swój kram i łącząc ten zysk z, niedużą wprawdzie, sumą swoich oszczędności opłacił z góry cztery lata za moje czesne na Uniwersytecie Miskatonic w Katedrze Biologii. Przysporzyło mi to wiele radości, jednakże ukochany mój ojciec męczony zgryzotami po śmierci matki w marcu 1916 (wtedy właśnie powodowany żalem zaprzestałem korespondencji z tobą) podupadł znacznie na zdrowiu i dokonał żywota we wrześniu 1918 – na niecały miesiąc przed rozpoczęciem pierwszego semestru. Było to dla mnie stratą wręcz okropną nie tylko ze względu, na sam fakt śmierci najbliższej mi na świecie osoby. Roniłem gorzkie łzy nad grobem rodziców – zostałem wszelako sierotą bez żadnej rodziny...

Musząc radzić sobie sam, pozostawiony łasce losu, zatrudniłem się niebawem w drogerii pana Hammonda znajdującej się na rynku, by zdobyć środki do życia. Nie martwiąc się o koszty nauki, 50 dolarów miesięcznie wydawało się mi zapłatą nie tyle adekwatną do wykonywanych prac, co w zupełności wystarczającą na koszty posiłków i książek, których już niebawem całe mnóstwo znalazło się w mej naprędce złożonej biblioteczce. Wszelkie dzieła z dziedzin biologii, paleontologii i ewolucjonizmu powoli stawały się dla mnie niczym Biblia, co Bóg, mam nadzieję, może kiedyś mi wybaczy. Wraz z dniem pierwszym października posiadałem już wiedzę, której poziom inni studenci mej szacownej uczelni mogli ogarnąć dopiero po niemal dwóch latach studiów! Stało się to jednakże powodem mego niemalże całkowitego odcięcia się od świata i ludzi. Całymi nocami przesiadywałem w naprędce zaaranżowanym na pracownię biologiczną biurze mego ojca studiując rozliczne rozprawy przyrodnicze, głównie z dziedziny ewolucji gatunków. Darwin stał się dla mnie równy niemalże Bogu – utożsamiałem go z najwyższym geniuszem.

Zdziwić cię może, że pomimo tych faktów na drugim roku spotkałem pierwszą chyba osobę, która zdawała się być mą drugą połową przeznaczoną mi na dalszą drogę życia. Była piękna i jednocześnie inteligenta, a fakt, że zainteresowania nasze nie tyle co nakładały się na siebie, co uzupełniały, sprawił, że w moich oczach była wybranką niemalże idealną. Mowa teraz o córce starego i zdziwaczałego sąsiada z naszej ulicy – pana Edricka Marwina – Jessice Marwin. Pamiętasz ją zapewne jako tę najmniejszą z ulicy dziewczynkę w okularach, która zdawała się przemykać gdzieś bokiem, byleby tylko nie słyszeć ciągłych docinek tych łobuzów, braci Midham, z których, co wcale nie dziwi, wyrośli grabarz i drobny złodziejaszek. Zresztą to właśnie za przyczynkiem starszego z nich – Jonasza – straciłem posadę w drogerii Hammonda, która stała się celem jego nieudolnego ataku. Piszę, że nieudolnego, gdyż podczas włamania przyświecał sobie lampą naftową i nie przewidział, że w magazynie znajdować się mogą zapasy nafty. Potknąwszy się zapewne o własne nogi upadł w jej kałużę i spłonął żywcem pochłonięty przez ogień piekielny, zanim jeszcze trafił do królestwa szatana.

Wszelako razem z nim spłonęły magazyny i na jakiś czas pan Hammond zmuszony był zamknąć interes, a co za tym idzie zwolnić i mnie. Było to w marcu 1919, na czwartym semestrze moich studiów. Dziękowałem wtedy Bogu, że za wstawiennictwem profesora Henry’ego Atkinsa udało się mi zdobyć stypendium uniwersyteckie w kwocie 75 dolarów miesięcznie, co znacznie przekraczało moje dotychczasowe wydatki. Uznawałem go wtedy za mego dobroczyńcę i uważałem się za jego dożywotniego dłużnika, gdyż jako wykładowca paleontologii – kierunku, na który uczęszczała Jessica, pozwolił mi niejako przez jego osobę jeszcze bardziej się do niej zbliżyć. Nie ukrywałem również zadowolenia z faktu, iż pozbawiony pracy więcej czasu będę mógł poświęcić nauce, która już wtedy stanowiła dla mnie jedyny sens życia. Jedyny, oprócz Jessiki.

Wyobraź sobie moje szczęście drogi przyjacielu, gdy na trzecim roku jednym z głównych przedmiotów wykładów stała się właśnie paleontologia. Oczywiste stało się, że moje próby zdobycia serca Jessiki były znacznie bliższe realizacji, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie ukrywam, że znacznej pomocy ponownie udzielił mi profesor Atkins, który kilkakrotnie aranżował nasze spotkania w celach niby to naukowych. Znajomość moja z Jessicą rozwijała się znacznie szybciej, niż śmiałbym przypuszczać, a wzajemność jej uczuć do mnie była oczywista. Po zakończeniu piątego semestru, czyli w trzecim roku moich studiów byliśmy już narzeczeństwem. Oboje dostrzegliśmy, iż profesor Atkins stał nam się nam wyjątkowo bliski, a moja narzeczona twierdziła nawet, że z braku własnych potomków – nigdy bowiem, pomimo niewątpliwie dojrzałego wieku nie ożenił się i nie miał on potomstwa – traktował nas jak swe dzieci.

Zakrzewił on w nas obojgu tę naukową ciekawość i pasję badaczy. Na szóstym semestrze zaproponował nam nawet udział w jego prywatnych badaniach nad ideą ewolucji, stwierdzając jednocześnie, iż udział w nich tak młodych i pełnych wizji umysłów jak nasze, pozwoli mu osiągnąć planowane efekty znacznie szybciej, niż gdyby działał nadal w tym samym gronie badaczy, co wcześniej. Powodowani ciekawością i wdzięcznością do starego profesora nie mogliśmy odmówić.

Po krótkim wprowadzeniu w temat owych badań i zapoznaniu z gronem jego dotychczasowych współpracowników oraz po przełamaniu niejakich wątpliwości w sens całego przedsięwzięcia, oddaliśmy się prawie bezgranicznie pracy nad teorią, która mogła postawić na głowie całą dotychczasową wizję ewolucji. Dziwił nas jednak niezmiernie skład naszej grupy. O ile postać profesora paleontologii w osobie Henry’ego Atkinsa, czy doktora biologii, a mego byłego wykładowcy, pana Jerry’ego Hendersa nie budziły naszych najmniejszych nawet wątpliwości, o tyle zaangażowanie w cały projekt historiografa – niejakiego doktora Jeggera, czy znawcy mitologii antycznych z Katedry Historii – profesora Swampa wydawało nam się już mniej oczywiste. Jednak Atkins wytłumaczył nam czym prędzej, że podobne teorie powstawały już w czasach starożytnych, a przez średniowieczne zacofanie i niedorzeczną wręcz inkwizycję wiele z nich przepadło w mrokach historii. Stało się więc dla nas jasne, że aspekt zarówno historyczny, jak i mitologiczny mogły naprowadzić nas na wiele faktów, które mogły okazać się istotne dla sprawy.

Stan prac w momencie, kiedy przyłączyliśmy się do tej grupy zapaleńców wydał się mi wszelako szokujący. Doktor Atkins wykazywał w swoich badaniach daleko idące teorie na tematy zgoła różne, niż te, którymi zajmował się współczesny nam ewolucjonizm. Nie poprzestawał on na twierdzeniu, iż człowiek pochodzi od małpy. Wielokrotnie powtarzał, że światy fauny i flory, pozornie tak różne od siebie, wykazują całą sieć powiązań nie tylko ze względu współistnienia i symbiozy, ale również na pochodzenie od jednego wspólnego przodka. Jako dowody przytaczał on częstokroć przykład maleńkiego pierwotniaka – eugleny zielonej, która pomimo, że jest jej znacznie bliżej do zwierząt, nie tylko ze względu na możliwość ruchu, ale również przez odżywianie się bakteriami, wykazuje również cechy roślin. Jak ci bowiem wiadomo może ona dostarczyć sobie pokarmu również na drodze fotosyntezy, dzięki użyciu chlorofilu.

Nie postrzegał on jednak tego, jako przykładu wyewoluowania zwierząt od roślin, lecz jako dowód, że istnieje być może cały rząd nieodkrytych dotąd stworzeń, będących hybrydami stworzonymi zarówno z tkanek zwierzęcych, jak i roślinnych. Przekonywał nas, że większość, jeśli nie wszystkie rośliny mięsożerne były w przeszłości niczym innym jak zwierzętami, które na skutek dziwnej symbiozy z organizmami pochodzenia roślinnego lub może nawet z grzybami, wyewoluowały do postaci współczesnej. Miało to wszystko świadczyć, iż życie na Ziemi ma nie tylko wspólnego przodka, ale również kiedyś może stać się jednym organizmem doskonałym, czerpiącym z dobrodziejstwa posiadania wszelkich cech fauny i flory, które to cechy mają mu zapewniać ową doskonałość i jak zakładał niewątpliwą nieśmiertelność.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko co napisałem w poprzednich akapitach może wydawać się dla ciebie niczym innym, jak stekiem bzdur wyssanych z palca przez szaleńca żądnego sławy lub zwykłego wariata. Wiem, że nie można przyjąć tych teorii – obecny stan nauki wyklucza je. Jednak profesor wraz z doktorem twierdził, że obecnie nie ma jeszcze umysłów na tyle światłych, by pojąć istotę stworzenia życia, a tym bardziej jego złożoności. Zapewne jesteś jak najbardziej sceptycznie nastawiony do przedstawionych przeze mnie założeń. Wiedz, że ja byłem nastawiony do nich jeszcze mniej ufnie. Wydawało się mi jednak dziwne, że Jessica bierze to wszystko jak najbardziej serio i zapatruje się w autorytet profesora prawie bezgranicznie.

Wyobraź sobie jednak me zdumienie, gdy Atkins przedstawił mi dowody, które stawiały jego teorię w zupełnie innym świetle. W świetle okrutnej i bluźnierczej prawdy przepełnionej czystą i niepojętą grozą sączącą się z chorego umysłu natury. Przeprowadził on bowiem wykład, wspierany przez Swampa i Jeggera. Przedstawili mi oni rozliczne starożytne kulty czczące istoty, które w całej swej istocie nie były żadnym ze znanych obecnie przejawów życia. Ich mnogość w różnych kulturach i powtarzanie się opisów o zadziwiającej wręcz dokładności zdawały się wykluczać wszelkie próby insynuacji, a korespondencyjne relacje członków naszej grupy, którą, jak się okazało, tworzy około trzystu osób rozrzuconych po całym świecie, potwierdzały tylko jego słowa. Cały czas utrzymywali oni, że już niedługo pokażą nam formę życia będącą zwierzęciem o strukturze bliższej raczej grzybom. Najstraszniejsze wydawało się jednak to, iż miała to być forma życia inteligentnego i to swą inteligencją znacznie przekraczającego naszą rasę.

Obietnice te nie okazały się próżne. Po ukończeniu przeze mnie trzeciego roku studiów, a na krótko przed rozpoczęciem czwartego zostaliśmy wszyscy wezwani do bezzwłocznego stawienia się w mieszkaniu Atkinsa w celu zaprezentowania nam obiecanej niesamowitości. Udaliśmy się tam zaraz po otrzymaniu owej wiadomości. Po niecałym kwadransie – jak pamiętasz mieszkam w niedalekiej odległości od uniwersytetu – stanęliśmy w progu mieszkania profesora, gdzie zdążył się już zgromadzić mały tłum. W wielkiej skrzyni stojącej pośrodku obszernego salonu znajdował się szczelny, metalowy pojemnik w swej budowie przypominający nieco termos. Składał się on z trzech metalowych cylindrów zwieńczonych u góry czymś na kształt wieka, czy pokrętła, a odizolowanych od siebie przestrzeniami wypełnionymi lodem. Stał obok niego niski mężczyzna ubrany jak myśliwy sprzed trzydziestu ponad lat. Swoją drogą wyglądał nieco komicznie z tym swoim zakręconym ku górze wąsem i hełmem przypominającym te, które często zakładali uczestnicy afrykańskiego safari, który trzymał teraz pod pachą mocno przyciskając do tułowia.

Nie wiesz nawet z jakim namaszczeniem ów pojemnik został otwarty i z jakim zdumieniem wszyscy obserwowaliśmy, gdy Atkins, Henders i nieznajomy wytaszczyli z niego przy niemałym wysiłku to coś. Miało to kształt z grubsza podobny do wielkiego, różowego kraba o cienkich odnóżach i wielkich błoniastych skrzydłach na grzbiecie. Tam, gdzie powinna znajdować się głowa była jakaś zniekształcona elipsa. Zresztą nie można było rozeznać się w dokładnym kształcie tej części ciała, bowiem nieznajomy z nieskrywaną dumą oświadczył, że właśnie w tym miejscu maszkara ta została poczęstowana solidną dawką śrutu. Oświadczył również, iż samo zabicie tej istoty nie przedstawiało większych trudności, bowiem robił to już wielokrotnie, ale za każdym razem ich ciała w jakiś dziwny sposób znikały, czy też rozpuszczały się zaraz po śmierci tych stworów. Wszelako profesor nie omieszkał nadmienić, że rzeczywiście ciała tych "paskud" rozkładają się niemal natychmiast, lecz po latach pracy udało mu się wraz z doktorem Hendersem opracować substancję zatrzymującą ten proces na bliżej niesprecyzowany okres, dłuższy jednak niż dwa tygodnie. Przy, jak to nazwał, "wstępnych testach" właśnie po tym czasie ciała znikały.

Dreszcz obrzydzenia targnął moim ciałem, jednak Jessica stała jak zahipnotyzowana przypatrując się temu nowemu nabytkowi. Wiedziałem, że równie mocno jak ja pragnie natychmiast pobrać próbkę tkanki tej istoty i zbadać ją pod mikroskopem, by przekonać się, czy rzeczywiście była ona czymś w rodzaju grzyba. Jednak w jej oczach błyszczały złowieszczo świetliki, których nigdy wcześniej u niej nie dostrzegłem. Domyślałem się, że może to mieć jakiś związek z Jeggerem i Swampem i ich wzmożonymi ostatnio dyskusjami z Jessicą w czasie, gdy Atkins i ja pogrążeni byliśmy w badaniach. Odniosłem również wrażenie, że jako ostatni dowiedziałem się o tym, że w najbliższym czasie doręczony zostanie nam nowy obiekt do badań. Po okazaniu wszyscy oprócz czwórki badaczy, mojej narzeczonej i mnie zostali grzecznie wyproszeni przez profesora.

Atkins wyciął skalpelem plasterek tkanki i po poinformowaniu mnie, że mamy jedynie trzy dni na przeprowadzenie badań – "przesyłka paczki" jak powiedział, trwała bowiem niezwykle długo, a to z uwagi na wzmożoną ostrożność – zaproponował mi przeprowadzenie sekcji tych różowych i obrzydliwych zwłok. Wiedziałem, że jest to niemały honor i z niejaką dumą przyjąłem propozycję profesora. Nie zauważyłem jednak, że Jessica zniknęła w towarzystwie historiografa i mistyka.

Pochłonął nas wir szaleńczej walki z czasem, który mógł w każdej chwili obrócić nasz obiekt badań w nicość. Okazało się po zbadaniu struktury mózgu, a właściwie tego, co z niego pozostało po strzale nieznajomego, że istota ta, posiadała układ nerwowy dużo bardziej rozwinięty niż ludzki, co świadczyło również o jej inteligencji, która najprawdopodobniej wielokrotnie przewyższała naszą. Ku ogólnemu mojemu zdziwieniu, po zbadaniu komórek tego organizmu pod mikroskopem okazało się, że naprawdę bliżej mu do grzyba!

W ferworze badań nie zauważyłem nawet już dwudniowej nieobecności mojej narzeczonej oraz dwóch członków naszej grupy o wątpliwej przydatności w badaniach. Wielokrotnie nagabywałem profesora, że teraz, kiedy już nie są nam przydatni można ich odsunąć od dalszych działań, lecz kierowany zasadą honoru twierdził on, że za zasługi jakimi się wykazali w poszukiwaniu tych istot, będą oni zbierać laury razem z nami. Po dwóch dniach wyczerpującej pracy i zebraniu wielkich ilości zapisków z sekcji i innych badań udaliśmy się z profesorem, każdy do swego domu, na zasłużony spoczynek. Gdy wróciłem do siebie spostrzegłem, że w pokoju Jessiki toczy się zawzięta dysputa na tematy bliżej mi nieznane. Jednakże padałem już z nóg i nie miałem najzwyczajniej siły, ani chęci się do niej wtrącać. Boże, gdy pomyślę, że gdybym wtedy coś zrobił może udałoby mi się powstrzymać to szaleństwo...

Nazajutrz z samego rana udałem się do mieszkania Atkinsa, zgodnie z umową z dnia wczorajszego. Pukałem prawie kwadrans i miałem zamiar już się oddalić, gdy dobiegł mnie cichy syk niewiadomego pochodzenia. Brzmiał on nader dziwnie i nieziemsko, jakby paniczne syknięcie zaskrońca, na którym dzieciak – sadysta postanowił zawiązać węzeł. Zaniepokoiło mnie to bardzo, a gdy spostrzegłem, że drzwi do mieszkania są otwarte, nie zastanawiając się długo, wkroczyłem do środka. Boże, to co wtedy przeżyłem nie było zwykłym strachem. Z perspektywy tego dnia myślę, że było to skrajne przerażenie połączone ze zdziwieniem i rozpaczą. W miejscu, gdzie jeszcze wczorajszego wieczoru leżało rozpłatane ciało tej istoty pozostał jedynie jej niewyraźny odcisk, obok którego wygięty jakby w spazmatycznym bólu widniał odcisk ciała człowieka. Z jego ogólnych zarysów mogłem się jedynie domyślać, że był to ślad pozostawiony przez ciało profesora Henry’ego Atkinsa...

Wybiegłem stamtąd sam już nie wiem, czy z panicznym krzykiem, czy z rykiem rozpaczy. Moje oczy zalewały łzy. Nie myśląc wiele pobiegłem do domu z zamiarem przekazania tej tragicznej wieści narzeczonej i najprawdopodobniej wypłakania się na jej ramieniu. Byłem pewien, że i ona będzie płakać na moim. Wtargnąłem do środka przewracając wszystko, co stało mi na drodze i czym prędzej począłem poszukiwać Jessiki w całym mieszkaniu. W panicznym zamroczeniu szukałem jej w najbardziej niedorzecznych miejscach, a obawa, że może ona podzielić los profesora sprawiała, że moje serce na przemian stawało i zaczynało bić jak szalone. Nie wytrzymałem stresu i nie wstydzę się wcale przyznać, że zemdlałem. Dziś wiem już, że może gdyby udałoby mi się zachować trzeźwość umysłu miałbym wtedy ostatnią szansę na uratowanie mej ukochanej, którą właśnie wtedy utraciłem bezpowrotnie.

Miałem wtedy chyba jakiś sen... Przynajmniej mam nadzieję, że był to sen. Widziałem w mojej piwnicy, jak Jessica – naga i patrząca opętanym wzrokiem - tańczy przy wtórze jakichś szalonych dźwięków wraz z historiografem i mistykiem. Wyglądało to na jakiś bluźnierczy i pogański rytuał. Nagle moją głowę wypełniła zupełnie inna wizja – zobaczyłem coś, czego istnienia pewien był Atkins. Coś, co mogło być jednocześnie źródłem życia, wspólnym przodkiem wszystkich organizmów na naszej planecie, jak i ostatecznym efektem ewolucji w teorii profesora, multisymbiotycznym diabłem, organizmem doskonałym, nieśmiertelnym i jednocześnie zwierzęcym, jak i roślinnym. Nie zmieniało to jednak faktu, że przedstawiało się to jak nieskończona ohyda, niczym bezkształtna, pokryta ropną wydzieliną i śmierdzącym galaretowatym śluzem larwa, wijąca się w swym legowisku gdzieś pomiędzy chaosem i obłędem.

Z głębokiego snu, w który zapadłem na podłodze po całej tej traumie obudził mnie odgłos wystrzału dochodzący, ku memu przerażeniu, z mojej piwnicy. Chwilę później usłyszałem jeszcze jeden i jeszcze jeden... Potem nastała niczym niezmącona cisza, która trwała może sekundę, bo w następnej chwili powietrze rozdarł kobiecy krzyk przemieszany ze znajomym mi już sykiem. Jak szalony popędziłem w dół nie bacząc na potrącane i tłuczone po drodze przedmioty. Gdy stanąłem w drzwiach do piwnicy poczułem okropny smród sprawiający, że powietrze stało się ciężkie i gęste, niemal niezdatne do oddychania. Przekręciłem włącznik elektrycznej żarówki oświetlającej to pomieszczenie, a moim oczom okazał się widok, który pozostanie w moim umyśle do końca mych dni. Już niedługo...

Na podłodze leżały trzy trupy: Swamp, Jegger i nieznajomy, który dostarczył to stworzenie do mieszkania Atkinsa. Naokoło walały się jakieś luźnie kartki pokryte niezrozumiałymi dla mnie tekstami w jakimś nieznanym języku. Zdołałem wychwycić z nich jedynie powtarzające się słowo Ubbo – Sathla.

Po środku pomieszczenia dostrzegłem moją ukochaną. Jednak zdawała się jakaś inna. Chociaż była nieprzytomna, zdawała mi się nie być już tą samą osobą. Przez chwilę odniosłem nawet wrażenie, że nie jest już ona nawet człowiekiem. Czym prędzej zabrałem ją stamtąd i zawiadomiłem policję o całym zajściu, to znaczy o znalezieniu zwłok trzech nieznanych mi mężczyzn w mojej własnej piwnicy. Policjanci, niemało mnie zaskakując, stwierdzili, że było to rytualne samobójstwo, a moja narzeczona miała być ofiarą złożoną zapewne jakiemuś pogańskiemu bogu. Jednocześnie powiadomili mnie, że podobnych przypadków dzisiejszej nocy zanotowano około dwunastu na terenie samego Arkham. Ciesząc się wszelako, iż Jessice nic się nie stało postanowiłem ukradkiem zniszczyć wszelkie dowody na istnienie tych dziwnych istot oraz zatrzeć wszystkie ślady działalności naukowej profesora i prowadzonej przez niego grupy, włącznie ze mną. Nie wiem jednak, co mnie pokusiło, by przeczytać szaleńcze zapiski trójki, która zginęła w piwnicy. Może gdybym nie wiedział, położyłbym wszystko na karb mojego własnego szaleństwa i teraz żyłbym spokojnie w Arkham Asylum...

Z notatek tych wynikało, że zdobywając już wcześniej wiedzę, na temat tych obcych istot, Swamp, Jegger i nieznajomy natrafili jakoś na wzmianki o ich bogu, który nie jest czczony, ani nawet wyznawany nigdzie na ziemi. Jego imię to Ubbo – Sathla i jest on ucieleśnieniem, a może nawet stwórcą całego życia. Był tam także opis pewnego bluźnierczego rytuału, który miał spowodować, że z jednej istoty uda się stworzyć tę multisymbiozę, o której mówił Atkins.

Piszę te słowa siedząc przy martwym ciele mojej ukochanej i wpatrując się oczami pozbawionymi już sensu życia w rewolwer leżący przede mną. Tym bowiem rewolwerem pozbawiłem przed chwilą Jessikę życia i zaraz zrobię to samo ze swoim. Przeraziła mnie bowiem dalsza część tych zapisków. Było tam napisane, że aby wypełnić rytuał potrzebna jest samobójcza śmierć trzech samców dominującego gatunku oraz ciało kobiety, w którą miał wcielić się Ubbo – Sathla...




Waszym zdaniem...

beacon
Ocena:
0
(+1) [troll]
Ciekawe, choć w zakończeniu zabrakło dynamizmu ;)

Nie mam nic więcej do dodania poza tym, że to mocno lovecraftowe ;)
11-11-2007 15:38
Gruszczy
Ocena:
0
(+1) [troll]
Kuźwa, ile tu tych Gruszczyńskich. Powyższy autor, WekT, ja.. To jakiś spisek :-P
12-11-2007 21:29
5+oP +h3 H8
Ocena:
0
(+1) [troll]
No, najpierw państwem rządzili bliźniacy, a za parę lat rządzić będą sami Gruszczyńscy ;)
12-11-2007 21:44
wild beast
Ocena:
0
(+1) [troll]
Mnie sie opowiadanko podoba, a końcówka jest jak dla mnie taką "zmianą tempa", dla podkreślenia horroru Badacza.
12-11-2007 23:01
Cubuk
Ocena:
0
(+1) [troll]
Początek jest nieco nudnawy, ale samo opowiadanie trzyma bardzo wysoki poziom.
Czekam na następne.
25-11-2007 12:38
vanderus
Ocena:
0
(+1) [troll]
Z pewnoscia, czego jak czego, ale opowiadan to na Stronach Szalenstwa w przyszlosci nie zabraknie :)
26-11-2007 10:38
Mikołaj Kołyszko
Zobacz profil
Ocena:
0
(+1) [troll]
Dobre opowiadanie! Podobało mi się jako całość.
02-12-2007 18:01






MENU

» Strona Główna
» Forum

» Linki
   » Polskie
   » Zagraniczne
» Woluminy
   » Alternatywa
   » Bohaterowie
   » De Profundis
   » Dziwne Miejsca
   » Galerie
   » Gry
   » Inne
   » Opowiadania
   » Przedmioty
   » Publicystyka
   » Scenariusze
   » Tajne Agencje
   » Wieści
» Zew Cthulhu
   » H.P. Lovecraft

» Redakcja
box_main.htmbox_main.htm
SZUKAJ

box_main.htm
© InteliMedia